Od jej debiutu - płyty "Ale jestem" upłynęło okrągłe dziesięć lat. Wiele się przez ten czas w muzyce Anny Marii Jopek zmieniło. Słuchając jej najnowszej produkcji - "Id", trudno rozpoznać tę nieśmiałą dziewczynę, biegającą niegdyś po łąkach i śpiewającą pochwalne pieśni na cześć Joszko Brody. Wystarczy się uważniej przyjrzeć okładce. Dojrzała kobieta, świadoma swego talentu oraz tego jak ma wyglądać tworzona przez nią muzyka. Z płyty na płytę coraz bardziej wyrafinowanej i coraz bardziej wymagającej. Jak dla mnie jednak niezmiennie ekscytującej.
To już coraz mniej przypomina pop. Jopek zaczyna znacznie śmielej skręcać na jazzowe pobocza. W tej wędrówce towarzyszą jej muzycy z jazzowej ekstraklasy. Na basie Christain McBride (nagrał, bagatela, ponad 700 płyt, w tym dwie ze Stingiem), wymienia się z Richardem Bona, radosnym magiem z kameruńskiej dżungli. Za swymi nisko strojonymi bębnami zasiadł Manu Katche (współpracował m.in. z Peterem Gabrielem, czy Janem Garbarkiem), który na "Id" gra niemalże na wszystkich piosenkach. Mino Cinelu to mistrz instrumentów perkusyjnych znany z wcześniejszych projektów Anny Marii Jopek, np. "Niebo" (z jego usług korzystał wcześniej m.in. Miles Davis). Na saksofonie zgodził się zagrać sam Branford Marsalis. A to jeszcze nie wszyscy, bo można usłyszeć także tajemniczego Dhafera Youssefa, twórcę bossa novy Oscara Castro-Nevesa, norweskiego pianistę Torda Gustavsena, czy Polaków: Kayah i Leszka Możdżera.
Nazwiska to jednak nie wszystko. Często tak wielkie produkcje, stają się artystyczną klapą. Mieszanie stylów i odmiennych kultur może być ekscytującą muzyczną podróżą w nieznane. Może być również nudnym i pretensjonalnym płodem wygórowanych ambicji. "Id" było przedsięwzięciem niezwykle ryzykownym, które jednak moim zdaniem zakończyło się zwycięstwem twórców.
Od pierwszych nut słychać, jak wiele Anna Maria Jopek i jej mąż Marcin Kydryński (odpowiedzialni za produkcję płyty) wynieśli ze współpracy z wybitnym gitarzystą i aranżerem Patem Methenym. Tak dopieszczonej i wysmakowanej muzyki nie było jeszcze na rodzimym podwórku fonograficznym. "Id" kategorycznie nie jest płytą dla każdego. Mało tu typowych przebojów, dominują nieparzyste metra i bogate harmonie. Każdy kolejny utwór zaskakuje, ale także wciąga, zmuszając słuchacza do wielokrotnego odsłuchiwania.
W "Id" dostrzegalne jest jednak pewne pęknięcie, podział na niekonwencjonalnie zaaranżowane i zagrane konwencjonalne piosenki (Skłamałabym, Samej Cię nie zostawię, Z wadą serca, Pierwszy dzień z reszty naszego życia) oraz na dzikie, odważne muzyczne poszukiwania, bliskie twórczości Bjork (Claude, Cisza na skronie, na powieki słońce). Przyznam się, że najczęściej wracam właśnie do tych eksperymentalnych, wielogłosowych, transowych kompozycji.
Anna Maria Jopek, jak sama o tym mówi, nieustannie szuka przepisu na "swój własny głos". Bardzo bym chciał, by brzmiał on tak jak w utworze Soul Dealer, gdzie przebogata muzyczna wyobraźnia i wrażliwość piosenkarki odważnie zrzuca przyciasny kaftan popowych schematów.

Wasze komentarze
dodaj komentarz