"Nie potrafię pogodzić się z tym, że człowiek rodzi się, by tracić całe swoje życie na pracy, która najczęściej polega na bezsensownym i monotonnym wykonywaniu tego samego" - te słowa Iosselianiego, zamieszczone na tylnej okładce DVD, idealnie wprowadzają nas w tematykę "W poniedziałek rano". To bowiem opowieść o ojcu i mężu Vincencie (Jacques Bidou), który pewnego dnia postanawia opuścić fabrykę, w której pracuje, dom, który utrzymuje i wioskę, w której żyje i wyruszyć przed siebie w poszukiwaniu utraconego szczęścia.
Tytułowa pora to więc z jednej strony najkoszmarniejszy moment tygodnia (rewers słynnego "piątek ,weekendu początek"), z drugiej zaś - idealny czas na zmianę swojego życia. Nasz bohater - zwykły robotnik -dość ma codziennej rutyny: monotonii pracy, zakazów i nakazów, które w niej obowiązują (nie wolno palić na terenie fabryki), a które - w jego mniemaniu - ograniczają jego wolność. Pewnego dnia, stojąc przed bramą swojego zakładu, postanawia więc, nikomu nic nie mówiąc, zrezygnować. I udaje się do Wenecji.
O motywach jego postępowania nie dowiemy się jednak ze słów bohatera. Iosseliani, niczym Jacques Tati, nie przywiązuje do słów zbytniej wagi, koncentrując się na obserwacji rzeczywistości. Powody, dla których Vincent postanawia odbyć niespodziewaną podróż, wyjaśnia nam bardziej scena, w której wysiadający z autobusu robotnicy pospiesznie zapalają papierosy, by - chwilę później - gasić je przy bramie fabryki, gdzie wisi wielki znak zabraniający palenia, niż jakakolwiek próba upsychologicznienia bohatera.
Iosseliani serwuje nam przy tym humor na arystokratycznym poziomie subtelności. Przyda się więc widzowi spostrzegawczość, by uchwycić wszelkie niuanse tego ciepłego komizmu. Gruziński reżyser prezentuje bowiem w swym filmie bardzo pogodną krytykę współczesności. A o jego poczuciu humoru niech świadczy fakt, że w postać udającego arystokratę przyjaciela ojca głównego bohatera wcielił się osobiście.
Vincent, po pobycie w Wenecji (nawet Lech Majewski, który w niej mieszka, nie potrafił w żadnym swoim filmie przedstawić tak czułego lecz równocześnie dalekiego od pocztówkowości portretu tego miasta), wraca do swojej rodzinnej wioski jak gdyby nigdy nic. "Długo cię nie było"- mówi do niego matka, "Czas tak szybko płynął" - odpowiada Vincent i następnego ranka wybiera się znów do pracy. Pozornie nic się nie zmieniło. Na pewno znajdą jednak widzowie, którzy docenią wagę podróży Vincenta - dalekiego krewnego pana Hulota.








Wasze komentarze
dodaj komentarz