Odija posiadł rzemiosło brudnego realizmu, z łatwością opisuje regiony nędzy i okolice rozpaczy. I znać w tym nie tylko troskę o postpegieerowskie społeczności ludzi odrzuconych, wszem i wobec wszystkich zapomnianych. Bo pisarz stara się ich wszystkich ocalić - poprzez poetycki rys swej prozy - to, co z takim mistrzostwem robił Bogumil Hrabal - on najpiękniej mieszał kurz ze srebrnym pyłkiem, tak, że niczego nie było u niego nazbyt mało i niczego nie było nazbyt wiele.
Daniel Odija robi to na własną miarę i na swój literacki rachunek, ani lepiej, ani gorzej od Hrabala, Stasiuka, Hłaski czy Nowakowskiego. Każdy z nich jest osobny. Ale też wszystkich wymienionych zbliża pewna cecha - charakterystyczna powtarzalność motywów, chwytów literackich, przewijających się przez całą twórczość, do tego dochodzi pewien, raczej niezmienny typ narracji (tytułem skrótu, trochę upraszczam). Niemniej powiedzmy wprost - w przypadku tego typu prozy to nie może nie zagrać, taka powtarzalność. Raz lepiej, raz gorzej - chwyta raczej bez wyjątku. Zwłaszcza, że autor Tartaku wie, jak to się robi, on to po prostu umie i czuje doskonale, przy tym uprawia wielce poczytny gatunek literacki, generujący rzecz jasna arcydzieła, ale równie rzadko, jak rzadko arcydzieło pojawia się w ogóle...
W ostatniej książce Odii, zbiorze opowiadań Szklana huta widać to jak na dłoni. Cięte uogólnienia, pieprzne, przy tym zawsze życiowe metafory, aforyzmy tylko dla dorosłych - wszystko to stoi na porządku dziennym. Jak również wypiski z antologii obyczaju polskiego: trzy pogrzeby (a każdy inny), domokrążcy z wyższym wykształceniem, mafia wymuszająca haracze od właścicieli lokali gastronomicznych, środki zawsze nie odchudzające, świat bukmacherów, rozdawaczy gazet bezpłatnych czy operatorów kamer filmujących wesela. I tak dalej, i tym podobne - a wszystko to, co aktualnie bulwersuje, "najbardziej palące problemy", jak się niegdyś mawiało. Bezrobocie, beznadzieja, brak perspektyw, brak pieniędzy, jak już jest praca, to i tak nie popłaca, żona patrzy z wyrzutami, dziecko płacze, a koledzy na arbaicie tylko czekają, by się dobrać do tych nędznych dolarów tak ciężko zarobionych, a bywa, że wymuszonych siłą od chytrego lisa pracodawcy, rodaka nawiasem mówiąc. A polskie wesele to gorzała i torsje, torsje i gorzała, czasem przeplata się to sceną seksu z udziałem panny młodej (jako się niby należy, chociaż zwykle po weselu) i brata pana młodego (jako się nie należy, lecz niestety bywa). W naszym opowiadaniu brat nakrył brata i wesele dobiegło końca.
Odijowskie fabuły to w istocie zbiór obrazków rodzajowych (rzecz apogeum miała w wieku dziewiętnastym) i życiowych maksym, uruchamianych impulsem rodzajowej (a jakże) scenki. Jak w opowiadaniu Jasny dzień w ciemną noc, gdzie kolejne kieliszki wypitej wódki znaczą (w rytmie wspomnienia), kolejne stacje na drodze obyczaju polskiego, kolejne stacje na drodze krzyżowej czytelnika: już to pieniądze przewożone w odbycie dla zmylenia celników (celnicy, jak przystało na urzędników państwa totalitarnego, szczególnie byli wyczuleni na zakusy materialne obywatela, nie współpracowali przeto z obywatelem zniewolonym, współpracowali tylko z państwem totalitarnym); albo bijatyka z autochtonami na wiejskiej potańcówce (kwestia rozbiła się o dziewczyny ma się wiedzieć, a konkretnie o "wiejską lalę", którą "miastowy" podebrał "wsiowemu" - stare to sprawy, że co wolno wojewodzie..., w każdym razie cała wieś się zebrała, każdy wziął, co tam miał pod ręką, i stanęli w jednym rzędzie w obronie czci niewieściej); czy też powiastka o alkoholowych ekscesach w armii - wypić kiedyś w wojsku, to dopiero wówczas prawdziwie spełnić obowiązek patriotyczny, to prawie, jak wykraść mapy i plany spod poduszki radzieckiego marszałka polowego, a bez mała, wykraść spod pazuchy samego Breżniewa. Tak wygląda całe opowiadanie.
Tak jest skomponowany cały Odijowski zbiorek. W Nauce bezruchu czytamy o dziadku narratora, który buty robił, to znaczy naprawiał, bo był szewcem. Z czasem ludzie przestali te buty od niego odbierać, a on je robił i robił... To opowiadanie z morałem, o tym, że sprzęty mają duszę (i one mają duszę, nie tylko ludzie) i że nie przesadza się starych drzew.
Dużo tu - tak się wydaje - wątków autobiograficznych, także obserwacji niemal bezpośrednio przelanych na papier, historii zasłyszanych do spisania natychmiastowego, niby to już literackich jako same w sobie.
Podobało mi się opowiadanie ostatnie, podobał mi się jego pomysł. Przypadek nie jest oczywiście pomysłem oryginalnym, by wspomnieć film Kieślowskiego czy Nieśmiertelność Kundery. Niemniej jest to z pewnością najpiękniejsza cząstka Szklanej huty, chociaż - i tego się nie wypieram - piękno to należy chyba bardziej do porządku egzystencjalnego, niż estetycznego. Tedy mógł to pisarz trochę bardziej rozwinąć, więcej nad tym popracować, pobawić się po literacku, jak to tylko finaliści Nike bawić się potrafią.
A tak pozostaje publicystyczna nachalność, interwencyjny realizm. I niewyszukane, mało przy tym śmieszne gawędziarstwo, jak ten fragment ze strony 32, o wódce, co jest niczym "dziwka piękna i ponętna, lecz gdy już jest tak dobrze, że człowiekowi wydaje się, że lepiej być nie może, ona zostawia go samego ze sobą i swoimi myślami, i jak to myśli dziwki - rzadko są wesołe. W dodatku człowiek w jej towarzystwie i nią wypełniony sam staje się taką kurwą i zaczyna brakować w nim miejsca na siebie samego - zdarza się, że nie poznaje siebie, ale ona jest na tyle sprytna, że nie pozwala mu do końca zapomnieć siebie samego i wtedy wstyd pochłania człowieka tak wielki, że jedyne wyjście to zapić go, ale gdy zapije się wstyd, ten czerwony potwór potężnieje i zeszmacony człowiek dochodzi do wniosku, że jedynym wyjściem ze wstydu jest ponowne upicie się... I tak bez końca... . Bez końca przez prawie dwieście stron historyjek przeciętnych i jeszcze bardziej przeciętnych, opowieści banalnych i jeszcze bardziej banalnych. "Zachodzą jednak pomyłki w odbiorze naszego szczęścia", jak napisał sam autor w opowiadaniu Jasne pełne. I trudno mu nie przyznać racji, czytając Szklaną hutę.
Adam Adamczyk
Daniel Odija, Szklana huta, Wydawnictwo Czarne, Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Wołowiec, Warszawa 2005.



Wasze komentarze
dodaj komentarz