Felieton "Jedna maluczka dusza" już od pierwszego akapitu czyta się z pewną podejrzliwością, lecz po jego lekturze wpada się w pułapkę "weryfikacji" - co prawda od czasu śmierci Ryszarda Kapuścińskiego żadna agencja nie doniosła o zejściu wybitnego humanisty, ale może coś przeoczyliśmy: nie włączyliśmy jednego - akurat tego - dnia "Faktów", nieuważnie wertowaliśmy działy poświęcone kulturze w codziennych gazetach, albo może po prostu Michał Paweł Markowski nie był na tyle medialną postacią, by o jego śmierci trąbić wszem i wobec.
Śmierć Michała Pawła Markowskiego to już zresztą zgrany numer. Podczas "afery zazdrośniczej" kilka miesięcy temu w "Życiu Warszawy" ogłoszono przecież cywilną śmierć MPM. "Odszedł Michał Paweł Markowski. Profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, polonista, tłumacz" - tak brzmiały słowa tekstu Izy Nataszy Czapskiej i Pilch zapewne na przekór tamtej notatce przyszykował swoją prowokację.
Że dobry felieton to felieton kontrowersyjny - rzecz to tak samo oczywista jak nieoczywiste są granice felietonowego dobrego smaku. Kiedy jednak przekonaliśmy się, że Michał Paweł Markowski jest cały, zdrowy i nie wybiera się jeszcze na tamten świat - poczuliśmy niestosowność pilchowego eksperymentu; więcej nawet - przez głowę nam przemknęło, że Jerzy Pilch chyba zbzikował.( "ludzie pilch zwariowal!!!!" - tak brzmi komentarz pod dziennikowym felietonem) A może tylko się zagalopował?
Na pewno bzikują za to bohaterowie sztuki "Narty ojca świętego", którą na potrzeby teatru telewizji wyreżyserował Piotr Cieplak. Najbardziej dotyka to mieszkającego w Granatowych Górach profesora (gra go Władysław Kowalski), który w szczytowym momencie swego opętania oraz finałowym punkcie akcji przedstawienia znajduje wreszcie odpowiednią metaforę, by opisać wielkość polskiego papieża. Używa on do tego celu futbolowej terminologii.
Czy ktoś kiedykolwiek celniej oddał nastroje Polaków po tym, jak dowiedzieli się, że kardynał Karol Wojtyła zasiądzie na stolcu piotrowym? "Czułem się, jakbyśmy wygrali mundial" - monologuje w iście kordianowskim stylu opętany profesor a futbolowa barwność i finezja jego porównań rozrasta się do prawdziwie homeryckich rozmiarów. Patrzymy na "romantycznie" odgrywającego swą partię Władysława Kowalskiego i myślimy sobie, że ten szaleniec, w którego wciela się on w tej sztuce - bredzi, ale bredzi do rzeczy.
Na szalonego, ale z zupełnie innych powodów, wychodzi też kolejny stworzony przez Jerzego Pilcha bohater - bezdomny z Dworca Centralnego o ksywce Mozart (Wojciech Malajkat), który za otrzymane od tajemniczej kobiety pieniądze (50 tysięcy złotych!), postanawia wydać dla swych dworcowych kompanów przyjęcie.
Pełna autobiograficznych odniesień topografia "Miłości w przejściu podziemnym" sprawia, że na postać głównego bohatera zaczynamy patrzeć jak na postać "z kluczem". Co prawda pisywał kiedyś recenzje muzyczne a nie był uznanym literaturoznawcą, ale pozostaje tylko kwestią czasu kiedy Pilch unieśmiertelni Michała Pawła Markowskiego na stronach którejś ze swych kolejnych książek. A potem - kiedy ta postać odżyje w filmowej ekranizacji.
W zrobionym "po bożemu" filmie Janusza Majewskiego, Pilch bowiem po raz kolejny udowadnia (po "Spisie cudzołożnic" i "Żółtym szaliku"), że jego teksty całkiem dobrze sprawdzają się na ekranie. Chciałoby się nawet powiedzieć, że lepiej niż w druku.




~Jaco.
Pilcha nie lubię, że zostawił Kraków dla kapusty.
Proza bardzo dobra, bogaty słownik, świetne sko...
~BumCykCyk
Ma niezwykłą swobodę języka a i alkoholowe
doświadczenia dają mu nieprzebrany zasób historyj
~vas
Nie czytałem żadnej z jego książek, no dobra jedną
w empiku, ale tylko kilkanaście stron. Nie zm...
~jack
Przereklamowany facet--wieje nudą!!!!
~nocna zmiana
Nuda
~Nana
Nie przepadam za jego twórczością.Może filmy są
lepsze?
dodaj komentarz »wszystkie wątki »