Przejdź do głównej części strony

Strona głównaW ROWieWsad

Panika na ulicach Londynu!

Autor informacji: Artur Wróblewski

Brytyjczycy wymyślili kolejnego Boba Dylana. Ma 20 lat, pochodzi z południowego Londynu, zamiast sześciostrunowej gitary używa akustycznego basu i podpiera się stricte wyspiarskimi bitami oraz charakterystycznym akcentem.

Mowa o 20-letnim Jamiem Treaysie, który ze względu na mało nośne nazwisko przechrzcił się na Jamiego T. Ziomek z Wimbledonu został szybko dostrzeżony przez Zane'a Lowe'a (opiniotwórczy DJ w BBC Radio 1, który zaprezentował światu między innymi "Crazy" Gnarls Barkley i wypromował Kaiser Chiefs, Kasabian czy Arctic Monkeys) oraz Jo Whiley (opiniotwórcza DJ w BBC Radio1, której swego czasu Mike Skinner aka The Streets zwinął mikrofon ze studia, ale zwrócił go dwa lata później, i która przyczyniła się do popularności... Jamesa Blunta), a jego piosenki stały się odpowiednio "singlami tygodnia" czy też innymi "najgorętszymi utworami na świecie"...

Skąd te spektakularne porównania do Dylana, Skinnera i nawet Woody'ego Guthriego (ja dodam od siebie Bretta Andersona z jego mrocznymi wizjami satelickich miasteczek brytyjskich metropolii) i wyróżnienia dla kolesia z przedmieścia nagrywającego piosenki w sypialni? Właśnie suburbia i sypialnia wydają się tu być kluczowymi pojęciami. Bo Jamie T to ten sam przypadek, co Arctic Monkeys i Lily Allen. Czyli kolejny przedstawiciel dwudziestolatków (plus minus), którzy wpatrzeni w zasadę DIY, bez jakiejkolwiek pomocy brudnego show biznesu fonograficznego, bez wypasionego studia i najdroższych producentów, potrafili wylansować swoje piosenki, zdobyć spore grono fanów i co za tym idzie spore zainteresowanie majorsów (ostatecznie "najbardziej zainteresowanymi" okazali się być krawaciarze z Virgin Records).

Jednak w przeciwieństwie do "Małpek" i Lily, "wirtuoz basu i bitu" do promocji swojej twórczości w mniejszym stopniu wykorzystał internet, tak skutecznie użyty przez wyżej wspomnianych. Jamie przyjął bardziej "analogową", a właściwie "kompaktową" taktykę - podczas swoich koncertów/DJ-skich setów w londyńskim "Bar 12" rozdawał fanom skompilowane przez siebie mixtape'y z piosenkami ulubionych wykonawców ("To są artyści, których kurewsko uwielbiam. W pewnym sensie jest to wprowadzenie dla młodszych fanów").

A co jest na płytach Jamiego, które noszą tytuł "Panic Prevention Disco" (od ataków paniki, jakie nawiedzały artystę w młodości)? Ska, reagge, punk, indie, brit hop. Wspaniała tradycja wyspiarskiej muzyki niezależnej. Czyli coś, na czym swoje autorskie kompozycje buduje pan T.

Próbkę talentu wokalisty dała wydana oczywiście własnym nakładem w barwach własnego labelu Pacemaker Records EP-ka "Betty and The Selfish Sons". Później był kultowy już w tym momencie singel "Sheila" (marzec 2006), który dotarł do 22. miejsca na brytyjskiej liście przebojów. Piosenka jest esencją brithopowego stylu Jamiego T: melodeklamację z "tym" akcentem uzupełnia akustyczny bas i prymitywne, tanie brzmienie klawiszy. A tekst? Przytoczę refren: "Sheila goes out with her mate Stella [dla niezorientowanych - marka wyspiarskiego piwa - przyp. a.w.], which she pours all over her fella". Poza alkoholizmem i innymi problemami zwyczajnych ludzi, kolejny nowy hymn młodych Brytyjczyków dotyka także kwestii samobójstwa. Jednak wbrew pozorom, Jamie T wcale nie chce dołować swoich słuchaczy: "Mam nadzieję, że po słuchaniu będziecie bardziej zrelaksowani i mniej samotni w swoim strachu" - mówi o swoich numerach.

Przy pełnym relaksie i bez strachu bez wątpienia można słuchać debiutanckiej płyty Londyńczyka "Panic Prevention", która w cywilizowanym świecie miała swoją premierę 29 stycznia. Krążek został dosłownie ozłocony przez brytyjską krytykę i jest jednym z faworytów do tytułu "album roku" czy "debiut roku". Gdzie indziej znowuż napisano - już bardziej przyziemnie, co świetnie pasuje do "everymenowego" image'u Jamiego T - że "Panic Prevention" to najlepszy album na rozpoczęcie dnia po całonocnej imprezie, kiedy ciężko ci jest się wziąć w garść, a wczoraj kolorowy świat wydaje się być zdecydowanie za bardzo przygnębiający. Sam próbowałem i rzeczywiście działa...

Na szczęście pomimo całego medialnego zamieszania i hymnów pochwalnych w prawie każdej gazecie, Jamie pozostał zwykłym kolesiem z Wimbledonu. "Nienawidzę całego tego gówna, które kręci się wokół kultury celebrities. Przykro mi, ale nie mam żadnych pikantnych historii na swój temat. Wychowałem się w normalnym domu z mamą i tatą. Miła rodzina, żadnych tam ciężkich akcji w dzieciństwie. Nikt mi nie umarł, nie zostałem adoptowany. Robię to co robię...". Ziomek ma jednak świadomość, że powoli zostaje wkręcany w maszynerię show biznesu: "Wiem o tym, ale nie chcę być częścią jakiegokolwiek nurtu czy mody. Nie chcę być częścią czegoś, w co w ogóle nie wierzę. Szukacie sensacji? Chcecie wiedzieć, co dziś zrobiłem? Chętnie wam opowiem - po prostu sprawdźcie moje piosenki". A najfajniejsze jest chyba to, że Jamie chce się rozwijać i dostrzega niedoskonałości w swojej twórczości: "Niektórych piosenek nie będę grał już na koncertach. Nie oszukujmy się, są gówniane" - mów z rozbrajającą szczerością, która chyba zaczyna osiągać coraz wyższą cenę na zakłamanym rynku fonograficznym.

Artur Wróblewski

źródło informacji: RÓW

Oceń artykuł

  • Kiepski
  • Poniżej średniej
  • Średni
  • Powyżej średniej
  • Bardzo dobry

kliknij aby ocenić

AKTUALNA OCENA 2,97
  • Jamie T jest geniuszem a najnowsza płyta
    (2009-09-08 11:27)
    ~xoxo

    wymiata! :)

  • :)
    (2008-09-11 21:47)
    ~paap

    dobry felieton, kocham tego pana, a tu
    dowiedzialam sie paru szczegolow.
    pzdr


Dodatki


Informacje dodatkowe