Blur faza 1: Pod Union Jackiem...
Jeśli myślicie, że nie można wymyślić bardziej groteskowej nazwy niż Blur, to się mylicie. Bo na początku był Seymour (nazwa ponoć wzięta od bohatera wykreowanego przez J.D. Salingera). Tak jak doktor Quinn czy też, jak kto woli (niżej podpisany na przykład), dziewczyna Bonda z "Żyj i pozwól umrzeć". Zespół tak przerysowany, jak scena z biegającym po aligatorach Rogerem "Jedynym Prawdziwym 007" Moorem we wspomnianym filmie. Taka też była koncepcja wczesnego Blur według Damona Albarna, Grahama Coxona, Alexa Jamesa i Dave'a Rowntree: gramy i śpiewamy piosenki z przymrużeniem oka. Robimy sobie jaja i się dobrze bawimy, piszemy piosenki dla dzieciaków, przy okazji piętnując te najbardziej charakterystyczne cechy (wady?) Wyspiarzy. Wyspiarzy właśnie, bo muzyka Blur - jeszcze na tym etapie kariery zespołu - skierowana była przede wszystkim do Brytyjczyków. Stąd tak artystycznie absurdalne klipy, jak pamiętny "Boys and Girls" z fragmentami wakacyjnych zabaw różowych od słońca rodaków w śródziemnomorskich kurortach ("all incusive" oczywiście) czy londyński do bólu "Parklife" z główną rolą znanego z modsowskiej filmowej biblii "Quadrophenii" Phila Danielsa. Stąd w 1995 roku największa bitwa wszech czasów na liście singli z śmiertelnymi wrogami z Oasis, ostatecznie dla tamtego Blur zwycięska ("Country House" pobił "Roll With It"). I to na wielu frontach. Bo nie chodziło tylko o to, kto napisze bardziej przebojowy numer i sprzeda większą liczbę kopii singla. To była konfrontacja Południa i Północy, londyńskich uczniów artystycznych szkół z manchesterskimi bezrobotnymi nastolatkami, rozpuszczonych i zarazem zdolnych dzieci klasy średniej z wychowanymi przez ulicę dumnymi synami robotników, kosmopolitycznej stolicy wyszarpującej pałeczkę pierwszeństwa od wystygłego już trupa "Madchesteru", nawet "niebieskich" FC Chelsea (ulubiony klub Albarna) z również "niebieskimi" Manchester City (ulubiony klub Noela i Liama Gallagherów). I to nie był tylko temat dnia dla Brytyjczyków w przedziale wiekowym 13-25. Nie, mówiono o tym w głównych wiadomościach w BBC.
Blur faza 2: Zakochany w muzyce...
Być może intensywność, z jaką relacjonowano ten konflikt otrzeźwiła Albarna i kolegów (bo Oasis po ogromnym sukcesie "What's The Story Morning Glory" zmierzali w przeciwnym kierunku poważnie flirtując z kokainą)? Bo "stary", stricte brytyjski Blur umarł po wydaniu "The Great Escape" (pewnie pożarł go rekin z okładki tej płyty...). W każdym bądź razie znakiem przemiany, czy też odrodzenia, była nie tylko nietypowa jak na "fazę pierwszą" rozmazana koperta, ale także brak tytułu płyty (ostatecznie przyjęło się, że wydawnictwo nazywa się po prostu "Blur"). I przede wszystkim muzyka. Pierwszy singel wydany w 1997 roku "Beetlebum" to psychodeliczna, wielowątkowa brzmieniowo opowieść o heroinie. Kolejny, porywający "Song 2", potężnym kopem zrzucił "Boys and Girls" z podestu z napisem "najbardziej rozpoznawalna piosenka Blur". I miał w dalszej kolejności rzucić na kolana Amerykę. Nie rzucił ("Blur" wylądował tylko 61. miejscu listy "Billboardu"). A Damon i spółka otrzymali od Jankesów policzek. Bo w jakich kategoriach, jak nie poniżenia traktować fakt, że "Song 2" łaskawie grano na meczach hokeja, ulubionego sportu amerykańskich "hillbillies"? Aha, i jeszcze w "Simpsonach" i kilku reklamach...
Ale Albarn się tym kompletnie nie przejął. Przejął się natomiast rozstaniem z Justine Frischmann z Elastiki, które zainspirowało kolejne dzieło Blur. Po odbiciu jej Brettowi Andersonowi z Suede (nie do końca skutecznie...), Damon i Justine byli przez kilka lat jedną najważniejszych par brytyjskiego show biznesu, a lider Blur bardzo serio podchodził do tego związku. Stąd tak poważna wymowa kolejnej płyty "13" (1999). Jeszcze trudniejszej od poprzedniczki, jeszcze bardziej eksperymentalnej (w dużej mierze dzięki producentowi Williamowi Orbitowi), najambitniejszej w dotychczasowym dorobku Blur. "Wreszcie zrozumiałem, co to znaczy czuć muzykę. Po dekadzie się w niej zakochałem" - wyznał nasz bohater w rozmowie z "Q".
Kolejna płyta "dorosłego" Blur ukazał się dopiero w 2003 roku (w między czasie Albarn zajmował się innymi projektami, o czym poniżej). Wyjątkowa, wielowątkowa "Think Tank" była wyzwaniem nie tylko dla słuchaczy (target przesunął się wyraźnie z liczby "20" w okolicę liczby "30"), ale także dla samego zespołu. Bo w 2002 roku z grupy odszedł gitarzysta Graham Coxon, w dużej mierze odpowiedzialny za alternatywne wcielenie Blur. Osamotniony Damon sprostał kompozytorskim trudnościom na "szóstkę", a "Think Tank" to bez dwóch zdań arcydzieło nowoczesnej muzyki pop. I być może ostatnia płyta Blur, bo od tamtej pory grupa pozostaje w impasie...
Albarn solo: Afryka i amerykańskie hotele
Pomimo tego, że Damon sam uważa się "zwierzę zespołowe", wokalista ma na koncie dwa solowe albumy. Pierwszy z nich ukazał się w 2002 roku i nie bez kozery nosi tytuł "Mali Music". Tak, sesje nagraniowe odbywały się dwa lata wcześniej w tym afrykańskim państwie, które Damon odwiedził promując kampanię Oxfam. Przy okazji lider Blur wybrał się wtedy do Nigerii, gdzie spotkał Tony'ego Allena, czarnoskórego mistrza instrumentów perkusyjnych, prekursora afrobeatu i współpracownika genialnego wizjonera Feli Kutiego. Ta znajomość miała w przyszłości artystycznie zaowocować, ale o tym później...
Kolejna "solówka" ukazała się jeszcze w 2003 roku i też była efektem podróży Albarna po innym niż Stary kontynencie. Tym razem była to Ameryka Północna, a dokładnie luksusowo odhumanizowane pokoje hotelowe, które podczas trasy promującej "Think Tank" służyły muzykowi za studia nagraniowe. Zarejestrowane podczas amerykańskiego tournee dema trafiły na "Democrazy", który ukazał się jedynie na winylu w limitowanej liczbie 5000 egzemplarzy. Przy tej okazji dodajmy, że i tym razem Amerykanie nie przekonali się do Blur, do czego pewnie "przysłużyła" się niekomercyjna zawartość "Thin Tank".
Gorillaz: Ameryka wreszcie wzięta...
Damon realizował już w tym czasie inny pomysł na podbicie Stanów Zjednoczonych, jakby nie było największego rynku fonograficznego na świecie. Albarn zaszedł Jankesów od tyłu i nie brał jeńców stosując ze wszech miar udany manewr z kamuflażem, a dokładniej "założył" animowany, wirtualny zespół Gorillaz, wymyślony wraz z rysownikiem Jamiem Hewlettem. Pierwsza płyta zatytułowana o prostu "Gorillaz" (2001), po której właściwie nie było wiadomo czego się spodziewać, zaliczyła ogólnoświatową sprzedaż sumującą się dwoma "szóstkami": jedna z przodu, a za nią sześć zer... A Amerykanie mieli w tym wyniku spory udział, bo kupili 1,5 miliona kopii debiutu. Przy okazji "Goryle" trafiły do Księgi Rekordów Guinessa jako "Most Successful Virtual Band", czego tłumaczyć chyba nie trzeba.
Ameryka jeszcze poważniej wzruszyła się przy okazji drugiej płyty "Demon Days" (2005). A Albarn wreszcie miał u swoich stóp jankeskich krytyków (nominacja do prestiżowej Grammy w jeszcze bardziej prestiżowej kategorii "Record of the Year") i przede wszystkim fanów: płyta trafiła do pierwszej dziesiątki zestawienia bestsellerów "Billboardu" (miejsce 6.) i zaliczyła po drugiej stronie Atlantyku podwójną Platynę (czyli ponad 2 miliony egzemplarzy). Wielka Brytania dorzuciła 1,5-milionowy nakład, reszta świata 2,5 miliona kopii i znów Gorillaz mogli zaliczyć "szóstkę" do swych szczęśliwych liczb...
Pomimo niewątpliwego sukcesu komercyjnego, do którego dorzucić trzeba niezłą sprzedaż DVD projektu oraz wyprzedaną i zarazem wyprzedzającą swoje czasy trasą koncertową, na której prezentowano niesamowitą animację, Albarn najwyraźniej zmęczył się byciem światową gwiazdą muzyki pop. "Znudziło mi się nagrywanie wspaniałych numerów popowych. To była fantastyczna podróż, która wciąż trwa - robimy film z Terrym Gilliamem [ten od Monty Pythona - przyp. aw]. Ale jako zespół muzyczny jesteśmy skończeni. Nie będziemy tego już robić" - powiedział magazynowi "Uncut".
Damon usypiając "Goryle" liczył pewnie, że do Blur wróci syn marnotrawny Coxon, jednak Graham odmówił współpracy z dawnymi kolegami z zespołu. Tym samym Damon... został zmuszony do założenia kolejnej formacji. Co też niezwłocznie uczynił, zaskakując fanów i dziennikarzy, a przede wszystkim zaproszonych do projektu znamienitych muzyków.
The Good, The Bad & The Queen: Londyn to mój dom?
Już w 1994 roku wokalista manifestował swą wielką miłość do Londynu ("W tym mieście się zakochujesz. Gdy dostaniesz od niego w dupę, wtedy dopiero zdajesz sobie sprawę jak bardzo je kochasz. Londyn jest dla mnie metaforą każdej sytuacji" - mówił dziennikarzowi "NME"). Na pełnowymiarowe artystycznie spełnienie romansu z metropolią Albarn czekał do 2006 roku. Wtedy to do mediów dotarła informacja, że Damon skrzyknął nowy zespół o niespodziewanej, ale smakowitej konfiguracji z Paulem Simononem z The Clash na basie, Simonem Tongiem na gitarze (The Verve, koncertowe wcielenie Blur po odejściu Coxona, Gorillaz) i wspomnianym już wcześniej Tonym Allenem na instrumentach perkusyjnych. Pomimo niewątpliwie "dreamteamowego" charakteru przedsięwzięcia, to Albarn jest bezsprzecznie kapitanem drużyny. Dobitnie pokazała to akcja z pierwszego koncertu The Good, The Bad & The Queen, bo taką nazwę przyjęła formacja, w londyńskim The Roundhouse pod koniec października zeszłego roku, kiedy to 66-letni Allen został zbesztany przy widzach przez 38-letniego Albarna za zawalenie rytmu.
Pilotowany nierealnie pięknym singlem "Herculean" album "The Good, The Bad & The Queen" - za którego produkcję odpowiedzialny jest słynny Danger Mouse - wzorcowy przykład miejskiego folku nowego stulecia, to według słów Albarna pierworodny spadkobierca "Parklife". Coś w tym jest, z tym że "dzieciak" już w wieku niemowlęcym wydaje się być bardziej dojrzały i poważny od ikonicznego dla brit popu "tatusia" i artystycznie bliżej mu do "wujka" "Think Tank". Ale wpływ na to ma także fakt, że Damonowi przybyło trochę lat, a i Londyn to także inne miasto niż 10 lat temu... Zamiast napędzanej kokainą i ecstasy niepohamowanej zabawy z połowy kolorowych lat 90., mamy wojnę w Iraku, zamachy bombowe, a młodzi palą tani crack. "Drink all day because the country's at war" Albarn mruczy w "Kingdom Of Doom". "The days are a ticking bomb" - to znowuż wszystko mówiący cytat z "The Bunting Song". Tak właśnie wygląda "pocztówka z XXI-wiecznego Londynu", jak o płycie mówi Simonon...
"Nie planowałem nagrać popowego albumu. Ale i tak melodie na tej płycie was dopadną..." - mówi z przekonaniem w rozmowie z "Q" Albarn o swoim najdojrzalszym i najbardziej przemyślanym dziele. Mówi to jako artysta, który po kilkunastu latach dorósł do tego, by w pełni realizować swoje najbardziej niezwykłe muzyczne wizje u boku swoich "bohaterów", jak nazywa Simonona i Allena. Z niekłamanym zaciekawieniem czekam na kolejny rozdział artystycznej podróży Damona, który sam powoli staje się jednym z takich "herosów" .




~magika
z przyjemnością przeczytałam, nic dodać nic ująć
pozdrawiam
~lolkloop
Ale serdeczne dzienki za to że o nich napisałeś,
żadko widzę artykuły o Gorillaz czy o The Good
t...
~lolkloop
Nienawidze go za to, że unicestwił Gorillaz.
"Znudziło mi się nagrywanie wspaniałych numerów
popo...
~blah blah blah
jak wyżej
~SNcja
elegancja, taki zastrzyk ciekawostek i wiedzy :D
~All
czasami ;)
dodaj komentarz »wszystkie wątki »