Przejdź do głównej części strony

Strona głównaW ROWieWsad

Czarnecki, Kalisz, Wierzejski, czyli opera polityczna

Ciekawi mnie fakt, czy ktoś z czytających te słowa zastanawiał się kiedykolwiek, co łączy posła Ryszarda Czarneckiego z Falstaffem, Ryszarda Kalisza z Giocondą a Wojciecha Wierzejskiego z Don Juanem? Odpowiedź jest bardzo prosta - opera! Każda z wymienionych fikcyjnych postaci pojawia się jako bohater opery, każdy z przywołanych polityków - systematycznie uczestniczy w czymś na kształt opery właśnie.

Spełniając misję informowania społeczeństwa - gro większych stacji radiowych zaprasza na antenę prominentnych polityków. Pół biedy, jeśli panowie pojawiają się pojedynczo lub parami - wtedy jeszcze można nadążyć ze śledzeniem przebiegu akcji dramatycznej. Gorzej bywa przy scenach zbiorowych?

Skąd porównanie ze spektaklem operowym? Niezależnie od najróżniejszych odmian dzieła operowe opierają się na zasadzie wysokiej umowności świata przedstawionego. Kostiumy, dekoracje - wszystko, co pomaga stworzyć koloryt epoki i ma udawać "prawdziwy świat" na scenie - nie pomogłoby, gdyby nie dobra wola widza, godzącego się na podstarzałego, grubego śpiewaka w roli umykającego srogiemu ojcu pięknej dziewki młodego kochanka. Na dodatek - kochanek bardzo się spieszy, bo przecież ucieka - a tłumaczy to zebranej widowni ładnych kilka chwil. Wszystko to truizm i sprawa oczywista - o przyjemności obcowania ze sztuką, czerpanej między innymi z tego, że jest ona odbiciem świata napisano tomy.

Niezmiennie jednak przypominam sobie konwencję opery słuchając najróżniejszych zbiorowych śniadań, poranków, przesłuchań i innych stadnych debat politycznych w stacjach radiowych. Zebrane przy mikrofonach grono ma za zadanie (oficjalnie) przedstawić swoje poglądy w konfrontacji z ideowymi przeciwnikami - dyskutując na gorące tematy. Konia z rzędem temu, kto jest w stanie dowiedzieć się czegokolwiek istotnego poza tym, że pan A uważa, że ma rację i chce spalić na stosie resztę świata - czy nie różni się wcale od pana B. Po zażartej walce na obelgi, obrażanie rodzin do kilku pokoleń wstecz - na zakończenie panowie żegnają się w najlepszej komitywie. Wielokrotnie podczas programów słychać jak uczestnicy puszczają sobie oko za plecami odbiorców - a o sztuczności całej sytuacji świadczyć mogą przypadki wypadnięcia z konwencji. Dzieje się tak wtedy, kiedy jeden z rozmówców zagalopuje się i w sposób rzeczywisty, personalny obrazi kolegę - wtedy pojawia się prawdziwa irytacja, złość i emocje - tak dramatycznie nieprzystawalne do tego, co było przedtem. Jak w każdym dobrym przedstawieniu - śpiewak trzymać powinien się swojej roli: błazen ma śmieszyć, baryton przytłaczać i porażać potęgą argumentów, sopran oczarowywać inteligencją i lekkością riposty.

Zastanawiająca jest natomiast rzecz faktycznej funkcji całego przedsięwzięcia. O ile podczas spektaklu operowego widz jest jednym z współtwórców umowy, nośności konwencji - to poczucie bycia traktowanym poważnie jest chyba ostatnią rzeczą, jaka może narodzić się w głowie radiosłuchacza. A jedynymi osobami odczuwającymi przyjemność - są chyba ci, co słuchają własnych głosów.

źródło informacji: RÓW

Oceń artykuł

  • Kiepski
  • Poniżej średniej
  • Średni
  • Powyżej średniej
  • Bardzo dobry

kliknij aby ocenić

AKTUALNA OCENA 2,93
  • RAcja
    (2007-01-28 10:53)
    ~Ania

    Zgadam się z przedmówcą:)

  • Trafiony zestrzelony, zwłaszcza przyszly prezes...
    (2007-01-28 00:49)
    ~Cierpliwy

    ten nurek to działa na zasadzie nie chcę ale
    muszem, szantaż spoleczeństwa. Ale ktoś i jemu
    kiedy...

  • :)
    (2007-01-26 10:49)
    ~fanek

    he he he


Dodatki


Informacje dodatkowe