Przejdź do głównej części strony

Strona głównaWsadRów

Dzień otwarty w amsterdamskich burdelach

Autor informacji: Łukasz Skalik

Właściciele buduarów w słynnej Walletjes - amsterdamskiej "dzielnicy rozpusty", oskarżani o handel ludzkim towarem, zmuszania do prostytucji i powiązania z mafią, postanowili zmienić złą prasę jaka ostatnio towarzyszy ich biznesowi. Remedium na to miał być pierwszy w historii dzielnicy "dzień otwarty".

Jak podał Reuters, w ubiegłą sobotę większość seks-klubów była otwarta już od wczesnych godzin porannych. Wstęp do nich był darmowy, aczkolwiek za usługi pań w dalszym ciągu trzeba było płacić normalną stawkę. Turyści mogli zwiedzać seks-okienka, codzienne miejsca pracy wielu tysięcy prostytutek. Przewidziano różne nietypowe atrakcje, jak możliwość fotografowania się z pracownicami "dzielnicy czerwonych latarń", czy testowania twardości łóżek. Według erotycznej tancerki z klubu Banana Bar o wdzięcznym pseudonimie Love, ten "dzień otwarty" to świetny pomysł. Wyznała Reutersowi iż - "jest to szczególnie ciekawe dla kobiet. Jeśli dowiedzą się, co my tutaj robimy, przekonają się, że nie ma nic złego w wizytach u nas ich mężów i chłopaków.". Rzeczywiście impreza ta przyciągnęła bardzo wielu turystów, niekoniecznie mężczyzn. Dla Jos, która przybyła tutaj ze swym 67-letnim mężem z Haarlemu, była to niezwykła okazja do zajrzenia za kulisy tego tajemnego świata. "Muszę przyznać, że wiele z tego co tutaj zobaczyłam pozytywnie mnie zaskoczyło" - powiedziała.

Zwieńczeniem dnia było odsłonięcie na jednym z placów Walletjes pomnika prostytutki, autorstwa holenderskiej artystki Els Ruiers. Wszystkie te inicjatywy, oficjalnie związane z zbliżającymi się obchodami 600-lecia dzielnicy, mają na celu przełamanie tabu narosłego wokół prostytucji i stworzenia klimatu szacunku dla osób zatrudnionych w tej branży. W Holandii, gdzie uprawianie "najstarszego zawodu świata" jest legalne, pracuje około 25 tysięcy prostytutek. Panie i transwestyci prowadzą działalność gospodarczą na swój własny rachunek, płacą podatki i wynajmują seks-okienka w wysokości 110 Euro za noc. Karana jest jedynie uliczna prostytucja.

Z drugiej strony od połowy 2006 r. wyraźnie zmienił się klimat wokół dzielnicy czerwonych latarni. Pomimo, że jest jedną z największych atrakcji turystycznych Amsterdamu, władze miejskie postanowiły znacznie ograniczyć ilość "firm" działających w Walletjes. Według członków magistratu blisko 450 seks-okienek jest kontrolowanych przez świat przestępczy. Dlatego chcą oni zgodnie z tzw. prawem Bibopa, zwyczajnie cofnąć licencję przedsiębiorstwom podejrzanemu np. o wymuszoną prostytucję, czy handel żywym towarem. Sobotni dzień otwarty miał więc przede wszystkim pomóc ocieplić atmosferę wokół dzielnicy.

Czy podejrzenia są bezpodstawne? Jak podaje Gazeta Wyborcza*, Holenderki stanowią stosunkowo niewielką ilość pracujących tam kobiet. Większość prostytutek to imigrantki, przybywające z różnych części świata falami, przykładowo z Tajlandii, Filipin, Dominikany, czy szczególnie ostatnimi czasy - z Europy Wschodniej. Być może część z nich sama podjęła decyzję o tego typu pracy. Faktem jest jednak, iż duża część znalazła się w branży przymusem. Pomimo legalnej prostytucji, podziemie istnieje w Holandii i ma się całkiem nieźle. Tworzą je głównie obywatele pochodzenia marokańskiego i tureckiego. By pozyskać nowe "pracownice", stosują oni różne, często wyrafinowane techniki. Marokańczycy przykładowo rozkochują w sobie naiwne dziewczyny, by później siłą zmusić je do pracy w seks-okienkach.

* Informacje pochodzą z artykułu Jacka Pawlickiego - "Amsterdam bez dzielnicy czerwonych latarni?"

źródło informacji: INTERIA.PL

Oceń artykuł

  • Kiepski
  • Poniżej średniej
  • Średni
  • Powyżej średniej
  • Bardzo dobry

kliknij aby ocenić

AKTUALNA OCENA 3,03

Dodatki


Informacje dodatkowe