Przejdź do głównej części strony

Strona głównaW ROWieWsad

Zmartwychwstanie

Autor informacji: Artur Wróblewski

"Brett Anderson" to album dla ludzi po przejściach, którzy dopiero zaczynają kolejne życie.

Ostatnia dekada w artystycznym życiu Bretta Andersona to był koszmar. Po przełomowym dla całej sceny indie debiucie "Suede" (1993), potężnym i mrocznym "Dog Man Star" (1994), i wreszcie zawrotnym sukcesie "Coming Up" (1996 - 5 singli z tej płyty znalazło się w brytyjskim "Top Ten"!), facet odpowiedzialny za renesans wyspiarskiej muzyki gitarowej pogrążył się w narkotykach, a sesja nagraniowa do "Head Music" (1999) była komediodramatem. Brett na kokainie chciał płyty indierockowej, Brett na heroinie chciał płyty synthpopowej... Ostatecznie zamiast nowatorskiego, dalekiego do ówczesnej britpopowej stylistyki dzieła, otrzymaliśmy ponad 50 minut muzycznego bałaganu z przebłyskami prawdziwego geniuszu. Geniuszu tym razem stępionego białymi kreskami, pigułkami, fają do palenia cracku i browna, nawet strzykawkami...

Jak się jednak okazało, to nie było jeszcze dno. Andersonowi paradoksalnie zaszkodziło... zerwanie z dragami. Kolejna płyta Suede "A New Morning" (2002) miała pokazać nowe, czyste oblicze zespołu. Za długo nagrywana, za często przerabiana, bez aż tak dobrych piosenek jak na poprzednich wydawnictwach, okazała się totalną katastrofą. No bo jak można słuchać mrocznego księcia indie popu śpiewającego piosenkę zatytułowaną "Positivity"? Suede wydali jeszcze kompilację "Singles" (2003) i zawiesili działalność (czytaj: przestali istnieć).

Co zrobił postnarkotykowy Brett? Zadzwonił do odpowiedzialnego za dwie pierwsze, zdecydowanie najlepsze i najwybitniejsze płyty Suede, Bernarda Butlera, z którym nie rozmawiał - bagatelka - 9 lat. Razem - jako The Tears (szkoda, że Bernard nie dał się namówić na wskrzeszenie Suede w klasycznym składzie) - nagrali solidny album. Ale jeżeli przy porównywanej do Morrissey'a i Marra kompozytorskiej spółce Anderson/Butler stawia się przymiotnik "solidny", to jest to porażka...

Wreszcie Brett złapał się kolejnego koła ratunkowego i nagrał solowy album. 39-letni artysta, odarty z wszelkiego rodzaju osłony (marka i sława Suede, narkotyki, wybitny współkompozytor w osobie Butlera), który miał wszystko i stracił wszystko, postanowił wreszcie rozliczyć się z przeszłością już na własną rękę. I to jest klucz do tej płyty. Ona nie ma się sprzedać, ona nie ma liczyć się w wyścigu o miano "płyty roku", ona nie ma dostawać 5 czy 2 gwiazdek... To jest spowiedź faceta, który przez lata żył w mydlanej bańce, a po jej nagłym pęknięciu nie potrafił odnaleźć swojego artystycznego "ja".

"Brett Anderson" to album dla ludzi po przejściach, którzy dopiero zaczynają kolejne życie. I wcale nie jest ono takie piękne, czyste i pełne na nowo znalezionej energii, bo na przykład ćpunem mentalnie jest się już do grobowej deski, bo praca nad swoim charakterem to prawdziwa bitwa, bo miłość zawsze boli a seks to tylko paliatyw, bo ludzie odchodzą, bo Boga nie ma, a depresja tylko czeka żeby uderzyć i złamać. Są na tym wydawnictwie momenty wybitne ("To The Winter", "Song For My Father", "Color Of The Night"), są słabe ("One Lazy Morning"), są też po prostu dobre (cała reszta).

A jaką muzykę gra Brett Anderson? "Classic british dark pop". Coś dla fanów Richarda Ashcrofta (to bynajmniej nie zarzut), Davida Bowiego, Morrissey'a, Briana Ferry'ego czy Scotta Walkera, choć on Brytyjczykiem akurat nie jest. A Brett zrobił właśnie pierwszy krok, by budując kolejną artystyczną twarz, dołączyć do tego pocztu sztandarowego.

Brett Anderson - Brett Anderson

Wytwórnia V2

źródło informacji: RÓW

Oceń artykuł

  • Kiepski
  • Poniżej średniej
  • Średni
  • Powyżej średniej
  • Bardzo dobry

kliknij aby ocenić

AKTUALNA OCENA 3,00

Dodatki


Informacje dodatkowe