Meksykański reżyser przedstawia wizję ludzkości, która wskutek bliżej nieokreślonego kataklizmu utraciła zdolności reprodukcyjne. Przypadkowa śmierć ostatniego urodzonego po katastrofie, a więc najmłodszego na Ziemi, człowieka ma w tej sytuacji symboliczny wymiar i skutkuje eskalacją przemocy na ulicach ogarniętego chaosem Londynu. Anglia ukazana jest tu jako rozdzierane etnicznymi konfliktami państwo policyjne, rozwiązujące swe problemy metodami właściwymi reżimom totalitarnym. Dość powiedzieć, że obozy dla napływających zewsząd uchodźców stanowią dominujący element krajobrazu, przez który przedzierają się główni bohaterowie: czarnoskóra dziewczyna w ciąży (Claire-Hope Ashitey) i opiekujący się nią biały mężczyzna (Clive Owen).
Wędrówka tej pary, w miarę upływu akcji coraz bardziej upodabnia się do losów innej "rodziny", uciekającej przed prześladowaniami do Egiptu ponad dwadzieścia wieków wcześniej . Reżyser umiejętnie podkreśla te analogie, ale że najwyraźniej szanuje swych widzów, nie narzuca się z interpretacjami. Pozwala mu to uniknąć dydaktycznego tonu, co z kolei ratuje sam film przed popadnięciem w typowy dla Hollywood patos.
Mimo mistyczno-biblijnej symboliki, wizja Cuarona wydaje się zaskakująco aktualna; Londyn, który bohaterowie przemierzają niby mityczny labirynt, w obiektywie Emmanuela Lubezkiego (zasłużona nominacja do Oscara), upodabnia się do gruzowisk stanowiących tło reportaży z wojen na Bałkanach, a "obozowe" kadry przywodzą na myśl obrazy z Darfuru, czy Guantanamo.
Warstwa symboliczna i ikonograficzna jest tu zresztą tak bogata, że przytłacza samą fabułę, co akurat może zniechęcić do filmu widzów oczekujących wartkiej akcji i efektownych pojedynków. Czerpiąc inspirację z różnorodnych źródeł, Cuaron stworzył wielopoziomową, uniwersalną opowieść o odkupieniu i nadziei. Wyszedł mu przy tym niegłupi i wciągający hipnotyczną formą film, który pewnie nie ma szans stać się kinowym przebojem, ale za to długo nie pozwala o sobie zapomnieć.


dodaj komentarz »wszystkie wątki »