Dwunastoletnia Jeliza-Rose wychowuje się przy rodzicach, którzy prowadzą mocno rockandrollowy tryb życia w domu przypominającym zaplecze nocnego klubu. Dziewczynka większość czasu spędza tocząc długie dysputy z głowami lalek i coraz bardziej pogrążając się w świecie marzeń. Kiedy wskutek przedawkowania heroiny umiera matka, ojciec postanawia zabrać Jelizę na wieś do babci; dopiero, gdy docierają na miejsce przypomina sobie, że ta od dawna już nie żyje. Wkrótce potem sam umiera, pozostawiając córkę w odosobnionym domu pośrodku tytułowych traw, gdzie nic już nie ogranicza wyobraźni dziewczynki.
"Kraina traw" (Tideland, 2005) mogłaby być ekranizacją jednego z utworów niemieckich bajkopisarzy, o których traktował poprzedni film Terry Gilliama "Nieustraszeni bracia Grimm"; cechuje ją właściwy im mroczny klimat sennego koszmaru, który w połączeniu z naturalizmem niektórych wątków i scen daje mocno groteskowy efekt. Gilliam stworzył ją jako rodzaj kameralnej odskoczni po wysokobudżetowym poprzedniku i trzeba przyznać, że w pełni wykorzystał swobodę, jaką dawała mu całkowita kontrola nad dziełem, niemożliwa do wyegzekwowania przy hollywoodzkich produkcjach. Obraz aż skrzy się od inscenizacyjnych pomysłów, wywołujących często konfuzję u nieprzygotowanego widza, tym bardziej że reżyser skrupulatnie zaciera granice między marzeniem, a jawą i, nie oglądając się na zdrowy rozsądek żongluje konwencjami.
Efektem jest film-sen, nie pasujący do czasów, w których każde dzieło sztuki musi być wyraźnie sformatowane i wyposażone w zestaw gotowych pytań i odpowiedzi, trafiających do określonego typu odbiorcy. Gilliam nie udziela żadnych odpowiedzi, a pytania każdy widz musi wymyślić sobie sam na bieżąco. Jak się okazuje, to spory kłopot.
Kluczem do zrozumienia "Krainy traw" może być główna bohaterka. Jeliza, obdarzona iście barokową wyobraźnią, stanowi w jakimś sensie alter ego autora; ma władzę absolutną nad światem przedstawionym i kapryśny charakter imperatorowej, który sprawia, że w trakcie seansu można spodziewać się dosłownie wszystkiego. Gilliam świadomie wyposażył ją w cechy własnej osobowości, tworząc przy tym zaskakująco wiarygodną postać. Grająca ją Jodelle Ferland- kolejne dziecięce odkrycie Hollywood- właściwie niesie cały film na swych barkach. Inni aktorzy ograniczeni są do drugiego planu, choć np. grającemu ojca Jeffowi Bridgesowi, nie przeszkadza to w stworzeniu zdegenerowanego wariantu swej legendarnej roli z filmu "Big Lebowski" J. Coena; jego postać to Lebowski, który przerzucił się z marihuany na twarde narkotyki.
"Kraina traw" to film halucynacyjny, wywołujący w widzach uczucie niepewności, czy mają do czynienia z oniryczną baśnią, czy też mrocznym studium pogrążania się w obłędzie. Niepewność ta zresztą pozostaje z nimi po zakończonym seansie. Choćby dla doświadczenia tego uczucia warto wybrać się do krainy traw.

dodaj komentarz »wszystkie wątki »