Najnowszy album wrażliwych Francuzów zapowiadano jako ich wielki powrót do formy. Wydawca wzbija się na szczyty bełkotliwego zachwalania - "AIR ponownie udało się zrealizować nowatorską wizję artystyczną, która śmiało łączy bezkompromisową, wyrazistą nastrojowość z bezpretensjonalną, porywającą prostotą. Tworzą alternatywną rzeczywistość, która zachęca do zaszycia się w niej, a jednocześnie pozostaje niezwykle ludzka".
Owszem zestaw gości jest imponujący: na wokalu: Jarvis Cocker z Pulp, Neil Hannon z Divine Comedy, świetny producent Nigel Goddrich (znany ze współpracy z Beckiem czy Radiohead). I co? I znowu to samo - subtelna mgiełka niedomówień, bliźniaczo podobne do siebie melodie. (Czy otwierający płytę utwór "Spacemaker", nie przypomina wam natrętnie kompozycji ""La Femme D'Argent" umieszczonej na debiucie zespołu?)
Panowie Jean-Benoît Dunckel i Nicolas Godin ciągle są zafascynowani Japonią. Używają tradycyjnych instrumentów z tamtego kraju. Tylko dlaczego nie przekłada się to na orientalne piosenki z japońską tajemnicą w tle? Brzmi to wszystko raczej jak auto-plagiat typu "Redhead girl" (słuchaj linia melodyczna w "Alone in Kyoto" piosence ich autorstwa Air znanej z soundtracku filmu "Między słowami"). Wróżę tej płycie wielki sukces, przecież nie od dzisiaj wiadomo, że ludzie lubią piosenki, które wcześniej już słyszeli. W dodatku jest to koncept album. Słuchając tej płyty mam bowiem wrażenie, że muzycy nagrali te piosenki, by nie zwracały one na siebie przypadkiem uwagi. Jeśli takie było założenie twórców - to gratulują plan się powiódł w 100 %.
Borys Mazur


Wasze komentarze
dodaj komentarz